poniedziałek, 16 maja

Kronika hutniczej Straży Pożarnej

Św. Florian z ołtarza znajdującego się niegdyś w cechowni huty Uthemann

Huta Metali Nieżelaznych Szopienice istniała wprawdzie przeszło 150 lat, ale przez wiele dziesiątków lat nie posiadała ona zorganizowanej służby przeciwpożarowej. Nie wynikało to wcale z tej przyczyny, że w hucie nie istniała nigdy groźba pożaru. Przeciwnie pożary bywały, nawet groźne, ale owe lata to okres wyjątkowy. Śląsk żył wówczas gorączką cynku, a panująca przeważ-nie bardzo korzystna koniunktura na ten me¬tal na rynku światowym dawała właścicielom hut cynku bardzo duże, wielomilionowe zyski. Eksploatowano więc intensywnie, inwestując jedynie w to, co przysparzało dalszych dodatkowych kapitałów. Nie dbano o bezpieczeństwo załogi jak również o zabezpieczenie obiektów hutniczych. Nie było zresztą w tym zakresie przepisów, które zmuszałyby właściciela przedsiębiorstwa do organizowania odpowiednich służb.

 

Dokumenty z tamtych lat są skąpe, ale wiadomo np. o groźnej wichurze, która w 1843 r. spowodowała pożar w hucie Wilhelmina. W dniu 9 grudnia w czasie burzy zwalił się dach w hucie nr 1 i spadając na pracujące ogniem piece destylacyjne spłonął doszczętnie. Kolejny groźny pożar zanotowano w 1867 r. w hucie cynku Paweł – spłonęła wówczas całkowicie wytwórnia bieli cynkowej. Fabryki ponownie już nie uruchomiono. Pożar lokalizowali jak mogli sami hutnicy, gdyż nie było służby przeciwpożarowej nie tylko w hucie, ale nawet w całym ówczesnym powiecie bytomskim. Tworzenie pierwszych jednostek ochotniczych straży pożarnej, zalecane przez pruską administrację państwową, miało na tym terenie miejsce wpierw w miastach: w Bytomiu w 1861 r. i w Mysłowicach w 1864 r. Na miejscu w Roździeniu-Szopienicach ochotniczą straż pożarną „Neptun” założono w dziesięć lat później – w 1874 r., a w sąsiedniej Małej Dąbrówce dopiero w 1895 r.

Mimo, że skutki pożarów w hutach Wilhel­mina i Paweł były dotkliwe, spowodowały bo­wiem straty w majątku i produkcji, to jednak właściciele zakładu nie wyciągnęli z tego wy­padku żadnych wniosków, gdyż przez dalsze dziesiątki lat służby przeciwpożarowej w hu­cie nie zorganizowano.

Wynikało to z bardzo wysokiej opłacalności produkcji cynku i wyjątkowo niskich, kosztów budowy nowej huty, które zwracały się nie­jednokrotnie już po kilku miesiącach eksplo­atacji, Właściciele huty woleli więc ryzykować poniesienie kosztów związanych z ewentual­nym pożarem, niż utrzymywać w zakładzie sta­łą straż pożarną.

Na stan taki wpływała również do pewne­go stopnia struktura organizacyjna szopie­nickiego zespołu hut. Firma Spadkobierców Gieschego posiadała tu początkowo jedynie hutę Wilhelmina i mimo, że szopienicki ośro­dek powiększał się z biegiem lat o dalsze huty cynku i ołowiu, to jednak pozostawały one na­dal samodzielnymi, w dodatku dość odległy­mi od siebie, jednostkami. Dopiero rozpoczęty w ostatnich dziesięcioleciach tamtego stu­lecia proces koncentracji produkcji, polega­jący na znacznej rozbudowie zakładów oraz wybudowaniu sieci kolejki łączącej wszyst­kie huty z kopalnią węgla, wreszcie utwo­rzenie jako ośrodka dyspozycyjnego dyrek­cji hut, doprowadził do ściślejszego powiąza­nia zakładów.

Zdjęcie strażaka wykonane w atelier Heinricha Berndta w Roździeniu-Szopienicach na przełomie XIX i XX wieku, ze zbiorów M. Maliny

Sprzyjające warunki dla zorganizowania za­kładowej, zawodowej straży pożarnej zaist­niały jednak dopiero z chwilą podjęcia w la­tach 1908 – 1912 budowy nowoczesnego jak na owe czasy kompleksu hut cynku i prażal­ni blendy /dzisiejszy I kompleks huty/. Miał to być zakład reprezentujący nową technikę, przez znawców oceniany jako wzorcowy, nie mógł więc nie posiadać własnej zakładowej straży pożarnej. Zresztą wymogi w tym okre­sie były już inne niż przed dziesiątkami lat, stąd też projekt budowy l kompleksu przewidywał obok urządzeń produkcyjnych również budo­wę strażackiego depot z pomieszczeniami dla komendy oraz mieszkaniami dla drużyny.

W ramach prac przy budowle I kompleksu oddano ostatecznie pod koniec 1912 r. wspo­mniane  obiekty strażackie do użytku.

Nim to jednak nastąpiło zdarzył się wypa­dek, który był jak gdyby przypomnieniom na czasie, że straż pożarna w nowoczesnym zakładzie przemysłowym jest naprawdę czymś nieodzownym.

13 maja 1912 r. o godzinie 4 rano w czasie szalejącej burzy, silny podmuch wiatru ze­rwał dach dopiero co uruchomionej muflarni. Część dachu spadła na dach sąsiadującej z muflarnią I hali huty cynku, który pod jej cię­żarem zawalił się, a reszta na II halę huty cyn­ku. W hali I w okolicy pieca grzewczego wy­buchł pożar, który z wielką szybkością roz­przestrzenił się obejmując również dach II hali. Wkrótce szczątki dachów obu hal leżały na po­ziomie roboczym huty. Straży pożarnej w za­kładzie jeszcze nie było, zaalarmowano więc okoliczne straże. W 8 minut przybyła zawodo­wa straż pożarna kopalni Giesche z Nikiszow­ca, tuż za nią ochotnicza straż pożarna z Roź­dzienia-Szopienic, a dalej ochotnicze straże z Giszowca i Mysłowic, jedna straż nawet z za­granicy, z Niwki w dawnym Królestwie Pol­skim. Straże miały poważne trudności przy ga­szeniu pożaru, gdyż w wodociągu powiato­wym było bardzo niskie ciśnienie. W końcu jednak pożar ugaszono, ruch huty zo­stał utrzymany. Piece przykryto prowizorycz­nym dachem. Poniesione szkody kosztowały jednak 50. 000 marek.

Powołana w grudniu 1912 r. zakładowa straż pożarna krzepła w warunkach po­przedzonych poważnym pożarem tym bardziej, że stan wyposażenia młodej jed­nostki poprawił się zasadniczo z chwilą otrzy­mania z początkiem 1913 r. nowego sprzętu. Odtąd wyposażenie straży było następują­ce:

  • automobilowa sikawka motorowa marki Daimler 45 SM, o zdolności 12001 na mi­nutę przy ciśnieniu 12 atm. Pojazd z peł­nym wyposażeniem i obsadą stanowił sa­modzielny pluton strażacki;
  • czterokołowa, mechaniczna, obrotowa drabina z zaprzęgiem jednokonnym. Dra­bina przy całkowitym wysunięciu miała 25 m długości;
  • ruchoma sikawka parowa z zaprzęgiem konnym, posiadająca stojący kocioł parowy. Wydajność 12001 na minutę. Wysokość strumienia wody 20 m;
  • ruchoma ręczna sikawka z zaprzęgiem konnym, wyposażona w sprzęt gaśniczy;
  • 2-kołowy ręczny wózek do wężów strażackich;
  • 2 lekkie wozy sanitarne z zaprzęgiem kon­nym, wyposażone w nosze i apteczki pod­ręczne.

Szczególnie cennym nabytkiem był sa­mochód pożarniczy marki Daimler, który był w owym czasie rewelacją, gdyż pozwalał dru­żynie bardzo szybko dotrzeć do miejsca po­żaru i posiadał autopompę. Poza tym samo­chód posiadał drabinę i dwa zwijadła węży po 100 m. Załoga jego składała się z 8 stra­żaków, którzy siedzieli po bokach samocho­du. Przednie koła samochodu były już pneu­matyczne, natomiast na tylnych były jeszcze pełne gumy, Samochód nie posiadał kabiny dla załogi, strażaków osłaniała jedynie szyba z przodu samochodu.

Poza wspomnianym sprzętem straż dyspo­nowała wieżą do ćwiczeń, w której urządzony był szyb do suszenia węży strażackich. Obok znajdował się basen na wodę o pojemności 16 – 17 m2,  który służył do mycia węży, a w cza­sie ćwiczeń strażackich pobierano z niego wodę do sikawki motorowej.

Konne wozy pożarnicze. W tle ćwiczebna wieża strażacka

Do wieży ćwiczeń przylegała stajnia dla koni zaprzęgowych, warsztat stolarski, rymarski i krawiecki. Warsztat stolarski wykonywał na­prawy sprzętu strażackiego, zaś rymarski trud­nił się konserwacją uprzęży dla całego tabo­ru konnego zakładów i naprawą pasów trans­misyjnych urządzeń hutniczych. W warszta­cie krawieckim szyto nowe mundury strażac­kie i wykonywano naprawy.

W owym czasie nie było w zakładach am­bulatoriów i wydzielonej służby sanitarnej. Służbę tę pełnili wyszkoleni strażacy – sani­tariusze. Główna stacja opatrunkowa, wy­posażona w odpowiednie materiały mieści­ła się w budynku komendy straży, zaś na po­szczególnych kompleksach było 12 punktów opatrunkowych, które mogły udzielić pierw­szej pomocy.

Z czasem, w późniejszych latach wozy sani­tarne z zaprzęgami konnymi zastąpione zosta­ły samochodami sanitarnymi.

Opracował: dr Emanuel Wilczok

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.