niedziela, 20 czerwca

My, „ołowiane dzieci”

Burowiecko – szopienicko – dąbrowski Heimat inspiruje.  Zaledwie dziesięć lat po wydaniu „Piątej strony świata” Kazimierza Kutza ukazała się książka, która pozwala kolejny raz przejrzeć się nam w lustrze dobrej literatury. To „Ołowiane dzieci” Michała Jędryki. Przywołanie utworu reżysera nie jest przypadkowe. Wbrew pozorom obie publikacje, pomimo ich odmienności gatunkowej, wiele łączy: kreacja narratora, opisującego wydarzenia z dystansu czasowego i przestrzennego, wyraźne wątki autobiograficzne, motyw powrotu do „krainy dzieciństwa”, huty – „żywicielki i trucicielki”, a nawet… postać lekarza – społecznika. W „Piątej stronie świata” był to słynny Kanold (jego pierwowzór to Bolesław Bara), w „Ołowianych dzieciach” – Jolanta Wadowska-Król. Obaj autorzy wspaniale wykorzystują możliwości języka – przechodząc swobodnie od dosadności godki „chacharów na placu” – przez nowomowę przedstawicieli komunistycznej władzy – do nasyconych poetyzmami opisów. To subtelne podobieństwo obu książek – pierwszej, otwierającej drugą dekadę XXI wieku i drugiej, zamykającej ją, jest swoistym fenomenem. A może ta nasza szopienicko – burowiecko – dąbrowska ziemia narzuca pewien styl pisarstwa?

Odpowiedź na to pytanie pozostawmy badaczom. Jedno jest pewne: i „Piąta strona świata”, i „Ołowiane dzieci” to przykład tekstów, które ukazują doświadczenie generacyjne kolejnych pokoleń ludzi żyjących w cieniu hutniczych kominów i kopalnianych szybów. W książce Kutza to pokolenie, któremu przyszło dorastać w czasie wojny. W książce Jędryki – pokolenie, które stało się ofiarą ołowicy, a swoją młodość przeżywało w latach 70. ubiegłego stulecia. Trudna przeszłość okalecza. Fizycznie i psychicznie. Powrót narratora do skażonej przestrzeni i brudnego krajobrazu to zarazem powrót do bolesnych wspomnień, z którymi trzeba się zmierzyć.

Tę samą drogę mogą dzięki książce Jędryki przejść czytelnicy – zwłaszcza ci, którzy dorastali w latach gierkowskiej „propagandy sukcesu” czy nieco później w Szopienicach, Dąbrówce Małej czy na Burowcu. Przeżycia młodego bohatera książki będą im bliskie. Zaciekawienie, dezorientacja, lęk przed wynikami badań i pobytem w prewentorium – z dala od rodziców, tęsknota za „starym mieszkaniem” czy poczucie straty. Głos narratora staje się zatem głosem całej generacji „ołowianych dzieci”. Zresztą każdy z nas – mieszkających w okolicy dawnej HMN – w pewnym stopniu jest „ołowianym dzieckiem”. Nawet wówczas, gdy hasło „ołowica” kojarzy na przykład z mlekiem, podawanym w „celach profilaktycznych” podczas długiej przerwy w świetlicy Szkoły Podstawowej nr 43…  Albo z wypaloną ziemią, specyficznym zapachem szopienickiego powietrza, wszechobecnym kurzem, rachityczną roślinnością lub opowieściami o sparaliżowanych zwierzętach. Bo każdy – nawet ci najmłodsi, którzy „trujące wyziewy” znają tylko z opowiadań – musi zmagać się ze skutkami działalności huty. To nie tylko degradacja środowiska naturalnego, ale też – jak zauważa autor w jednym z ostatnich rozdziałów – degradacja socjalna (swoją drogą, w Wikipedii definicja pojęcia „obszar zdegradowany” ilustrowana jest… fotografiami Szopienic i Burowca). My, „ołowiane dzieci” zostałyśmy „skażone” także w innym wymiarze – przyprawiono nam gombrowiczowską gębę ludzi, którzy mieszkają w „dzielnicach patologii”. I czasem z rozbawieniem a czasem ze złością przychodzi nam obserwować reakcje obcych na informację, że jesteśmy z Szopienic, Dąbrówki Małej czy Burowca. Naznaczone szopienicko-dąbrowsko-burowieckim piętnem rozprawiamy się mniej czy bardziej skutecznie ze stereotypami, by później tylko bezradnie słuchać medialnych doniesień, że ktoś znowu je potwierdził: bo płoną podkłady kolejowe, bo dawny kolega  z klasy zapił się na śmierć, bo po raz setny nocą poprzewracano kosze na śmieci…

„Ołowiane dzieci” mają jednak swojego wybawcę. Obok bohatera – narratora w książce pojawia się jednak również drugi, równie ważny bohater, a właściwie Bohaterka (w pełnym tego słowa znaczeniu), czyli Jolanta Wadowska-Król. Dzięki ciekawej konstrukcji książki wątek wspomnień narratora splata się z historią walki pani doktor o zdrowie małych pacjentów, którzy chorują na ołowicę. Subiektywizmowi narracji w partiach poświęconych przeżyciom młodego człowieka odpowiada tutaj typowa dla reportażu dbałość o szczegóły faktograficzne. Choć relacja na temat działań „Matki Boskiej Szopienickiej” i wspierających ją profesor Bożeny Hager-Małeckiej, a także pielęgniarki Wiesławy Wilczek, nie jest pozbawiona dużego ładunku emocjonalnego, autorowi udało się uniknąć niepotrzebnego patosu. Heroizm lekarki polega na tym, że – niczym doktor Rieux w Camusowskiej „Dżumie” – po prostu chce dobrze wykonywać swój zawód. A może tylko jej postępowanie świadczy o wierności śląskiej etyce pracy, która polega na sumiennym wykonywaniu powierzonych obowiązków? Dlatego czytelnik nie znajdzie tu opisu spektakularnych działań czy górnolotnych deklaracji. I może dlatego portret bohaterki w „Ołowianych dzieciach” jest tak sugestywny. A przecież, opisując lekarkę ratującą biedne, chore dzieci ze zdegradowanego terenu, łatwo powielać istniejące już w literaturze klisze. Ale (na szczęście!) Wadowska – Król Michała Jędryki to po prostu autentyczna w swojej skromności „doktórka z przychodni na Dąbrówce”.

Czytając „Ołowiane dzieci”, warto zwrócić uwagę na to, co stanowi tło działań głównych bohaterów. Dla wielu z nas lektura może okazać się podróżą w przeszłość. W książce znajdziemy obraz śląskiej społeczności w latach 70. XX wieku – stylu życia, mody, aspiracji, marzeń czy antagonizmów (-„..Macie coś przeciwko Zagłębiu?… Matka oczywiście miała, ale nie mogła tego powiedzieć”). A do tego barwne portrety czy to postaci znanych w lokalnej społeczności, jak doktor Urban, który zasłynął ponoć ze stawiania pacjentom diagnozy, że chorują „odpowiednio do wieku”), czy też przedstawicieli władzy – „Jorga” (Jerzego Ziętka) i towarzysza „Paluszka” (Zdzisława Grudnia). Dodajmy jeszcze, że w warstwie językowej pojawiają się nawiązania i aluzje do innych tekstów kultury, co sprawia, że przygoda z książką „Ołowiane dzieci” jest jeszcze ciekawsza.

My, „ołowiane dzieci”, znałyśmy dotąd przede wszystkim artystyczny dorobek Michała Jędryki – zwłaszcza jego akwarele, przedstawiające szopienickie krajobrazy. Teraz pora na lekturę obowiązkową. Gańba jej nie przeczytać!

A może – podobnie jak w przypadku „Piątej strony świata” – zobaczymy adaptację książki na deskach Teatru Śląskiego? Wypadałoby sobie tego życzyć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *