niedziela, 25 lipca

W marcu jak w garncu

Stare przysłowia mówią – „W marcu jak w garncu” i jeszcze, że „Na Grzegorza rzeki idą do morza”, czyli taki marcowy bigosik, taka przeplatanka pogodowo-nastrojowa. Marzec kojarzy się nam, to znaczy „młodzieży PRL-owskiej” z dniem 8 marca, kiedy to od Bugu poprzez Wisłę aż po Odrę i Nysę Łużycką uroczyście obchodzono DZIEŃ KOBIET. Raz w roku oddawano pokłon kobietom, zapewniając je o szacunku dla ich codziennej pracy, o ich odpowiedzialności za trud, wkładany w wychowanie potomstwa i budowanie pomyślnego jutra naszej wówczas socjalistycznej ojczyzny. Panie otrzymywały po jednym tulipanie lub goździku, a jeśli zakład był bogaty, to także po parze rajstop, a czasem i mydełku. Powstało w związku z tymi upominkami wiele dowcipów, lecz powtarzać ich nie przystoi. Panie podpisywały listę, iż upominki otrzymały, i mogły udać się na skromny poczęstunek, organizowany przez związki zawodowe, czyli kawę lub herbatkę z ciasteczkiem. Panowie tego dnia honorowali koleżanki w pracy i dość późno wracali do domu, gdzie ich małżonki czekały nie tyle z poczęstunkiem, co przypomnieniem, że i one są kobietami. Wesołe to były czasy. A wiecie Panie, dlaczego nie ma DNIA MĘŻCZYZNY, choć jest DZIEŃ CHŁOPAKA? No bo panowie mają swój dzień przez cały okrągły rok i lubią być traktowani jak chłopaki, a nawet chłopiątka, wymagające nieustannej troski, opieki i czułości.

A najlepsze w tych obchodach DNIA KOBIET w czasach słusznie minionych jest to, że jego rodowód pochodzi zza oceanu i jego twórczyniami były amerykańskie praprababki, które upomniały się o prawo kobiet do równouprawnienia i prawo do głosowania. I stąd się to wzięło. Dziś DZIEŃ KOBIET ustąpił niejako z kart historii. Za to panie o imieniu KRYSTYNA mają swoje święto 13 marca. Inicjatorką tego dnia była śp. redaktor KRYSTYNA BOCHENEK, która zginęła tragicznie dziesięć lat temu w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, reprezentując Senat RP. Krystyny to kobiety o mocnym charakterze. Wiedzą, czego chcą i lubią być władcze. Lepiej się im nie sprzeciwiać. I choć teraz to imię rzadko nadaje się dziewczynkom, to znów przyjdzie na nie moda.

ul. Lwowska – okres międzywojenny, ze zbiorów autorki

Wracamy do Szopienic, gdzie nasze panie z dawnych lat dbały o siebie. Lubiły być eleganckie i lubiły także się fotografować. Kiedy zakupiły nową kreację, odwiedzały fotograficzne atelier, bo tak kiedyś mówiło się na zakład fotograficzny. Były skłonne jechać nawet do Mysłowic, do państwa Trochów, mistrzów, którzy fotografowali śluby, roczki, komunie, a także wykonywali przepiękne portrety. Na pewno w starych albumach znajdą nasi Czytelnicy niejedną fotkę upamiętniającą rodzinne wydarzenia. Byli także przygodni fotografowie, którzy na ulicy wykonywali zdjęcia na spacerze, w parku, rozmaite. Te stareńkie zdjęcia to takie chwile zatrzymane w kadrze wspomnień. A ponadto – przegląd mody np. lat 30. minionego wieku. Panie i panienki lubiły się ładnie ubrać, uczesać, zaś główki ozdabiać eleganckimi kapelusikami lub czapeczkami. To nie to co teraz. Moda nas odmłodziła! Czy wyobrażacie sobie, Panie i Panowie, Wasze babcie i dziadków w tym, co my teraz zakładamy na głowy? Zimowe czapy z bąblami, kaszkiety, bejsbolówki zastąpiły eleganckie czapki futrzane. Kto by teraz takie założył! Jesteśmy „na topie”, czyli młodzi duchem i nie patrzymy na rosnący PESEL. I tu pragnę przypomnieć pewien salon mody, który, choć się tak nie nazywał, to był nim w pełnym tego słowa znaczeniu. Mieścił się przy obecnej ulicy 11 Listopada. Kiedy się wchodziło do niego, to można było odnieść wrażenie, że jesteśmy w innej rzeczywistości. Właścicielką salonu, a właściwie pracowni kapeluszniczej, była pani Jurowa. Była damą, która dbała o renomę firmy, a jej kapelusze były wyjątkowe tak jak wystrój samego wnętrza. Białe, przepastne szafy kryły w sobie wytworne kapelusze, kapelusiki, czapeczki, bereciki – czego tylko dusza zapragnie. Każda pani mogła tu znaleźć coś dla siebie, a przy tym pani Jurowa jako mistrzyni rzemiosła potrafiła fachowo doradzić i przyjmowała też specjalne zamówienia. Klientki tegoż salonu były rozpoznawalne zwłaszcza w kościele, bo przecież na każde święta lub rodzinne wydarzenia i rocznice trzeba było mieć nowe nakrycie głowy. Na co dzień dopuszczalne były nawet jedwabne chustki na głowę, ale na niedzielę obowiązkowy był kapelusz. Latem  też słomkowe, fantazyjne ozdabiane. Pani Jurowa jeszcze do lat 70. prowadziła swój zakład. O takich jak ona zwykło się mawiać „modystka” czyli pani projektująca modę. Trzeba też wspomnieć drugi zakład przy ul. Wiosny Ludów, prowadzony przez panią Koeghlerową, także elegancki. I tutaj królowały na wystawie w niewielkim sklepiku piękne czapki i berety aż do końca XX wieku. Warto też przypomnieć jeszcze jedno miejsce – malutki sklepik państwa Janiny i Juliana Kalinowskich. Odwiedzały go głównie panie krawcowe, które tutaj zamawiały „obciąganie guzików”, bo kiedyś guziki kolorystycznie musiały zgadzać się z materiałem sukienki, żakietu, bluzki, a nawet być pokryte tym samym materiałem. Przychodziły też tutaj panie i panienki, pragnące ozdobić żakiety, sukienki lub bluzki jedwabnymi kwiatami ręcznej roboty albo kołnierzykami haftowanymi, które z kolei ozdabiały obowiązkowe wówczas szkolne fartuszki w latach 50. i 60. minionego wieku. To, co wspominam, to już przeszłość. Dziś babcie noszą spodnie, ubierają kurtki, wkładają czapkę z pomponem, do rąk biorą kijki i nordic walking! Jedna z tras tego sportu biegnie w okolicach cmentarza. Co myślą sobie duchy babć, które tu spoczywają? Ale przecież to one niegdyś też torowały dróżki modzie i elegancji. Nadawały ton i styl. A stare zdjęcia potwierdzają, że Szopienice były eleganckie, zadbane i pełne życia. Warto zatem zachować wspomnienia o czasie przeszłym tego naszego miejsca na ziemi. Teraz dawne salony ustąpiły miejsca nowym, gdzie też znajdziemy elegancką, gotową odzież: czapki i torebki, jak np. u pani Aleksandry przy ul. Obrońców Westerplatte. Możemy wybierać, bo jest w czym. A wiosna przyjdzie niebawem. Marzec to czas WIELKIEGO POSTU – oczekiwania na WIELKANOC. I znów będzie nowy wystrój – pojawią się baranki, zajączki i kurczaczki. Będzie zielono i żółto w sklepach, za to ciemniej w portfelach.

Skoro na początku przytoczyliśmy przysłowie o wiośnie i Grzegorzu, to trzeba zakończyć życzeniami dla ks. proboszcza GRZEGORZA KRZĄKAŁY, który 12 marca obchodzi urodziny. Już od dwudziestu lat sprawuje pieczę nad szopienicką parafią. Jak ten czas szybko płynie, a nasz proboszcz nadal młody duchem.

MARIA KAŹMIERCZAK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *