niedziela, 28 listopada

Kalendarze

Trudno bez nich żyć. Jest ich bardzo wiele  – takie na ścianę, z ładnymi widoczkami, zwierzaczkami, gwiazdami estrady, zabytkami – czego tylko chcemy. Mogą być ozdobą kuchni. Wiszą sobie w miejscu pracy i tam zakreślamy czas urlopu lub długich weekendów, bo święta i niedziele zawsze cieszą oko innym kolorem niż dni powszednie. Są też kalendarze stojące na biurku, są kieszonkowe terminarzyki. Zawsze można w nich znaleźć coś ciekawego. W księgarni pana Andrzeja ogromny wybór. I na poczcie też. Specjalne są w „Emmanuelu” – tu kalendarze o tematyce religijnej też zaspokoją potrzeby każdego, a w tym roku hitem są kalendarze ze św. Janem Pawłem Wielkim, gdyż cały ten rok jest Jemu poświęcony, bo w maju minie setna rocznica Jego urodzin. Kalendarze zdobią piękne fotogramy, na które możemy patrzeć przez cały rok i się nie opatrzą. Kalendarze są tak popularne i dostępne, że nie zastanawiamy się nad ich historią. Kiedyś  były towarem reglamentowanym, drukowanym przez firmy i przedsiębiorstwa po uzyskaniu zgody Ministerstwa Kultury i Sztuki w niewielkich nakładach. Stanowiły reklamę firm i były prezentami noworocznymi, wysyłanymi na cały świat. Czasy się zmieniły i kalendarze możemy mieć takie, o jakich kiedyś nigdy nawet nikt nie pomyślał.

Historia kalendarzy jest bogata i stara jak świat. Wróćmy zatem do czasów, kiedy powstawały, aby ułatwić życie mieszkańców tegoż świata. Są to czasy bardzo odległe. Szukając w źródłach informacji na temat kalendarzy obliczyłam, że narody w rozmaitych okresach posługiwały się różnymi kalendarzami, a było ich ponad dziesięć. Dziś mamy obowiązujący kalendarz gregoriański, którego nazwa pochodzi od papieża Grzegorza XIII, chociaż historia jego sięga jeszcze czasów przed narodzeniem Chrystusa. Był nazywany pierwotnie „kalendarzem Romulusa” lub „rzymskim”. Wprowadzano w nim wiele zmian, np. w czasach władcy Juliusza Cezara i stąd też funkcjonowała nazwa „kalendarz juliański”. Dopiero w XVI wieku dokonano ostatecznej korekty i kalendarz ten, wówczas nazywany „w nowym stylu”, obowiązuje do naszych czasów pod nazwą „gregoriańskiego”. Wywodząc się z kręgu kultury europejskiej z praktycznych powodów służy ludziom na całym świecie. Warto wiedzieć, że istniały w dawnych wiekach również inne kalendarze, m.in. egipski (dzielił się na trzy czteromiesięczne pory roku), grecki (opierał się na roku księżycowym), muzułmański (składający się z dwunastu miesięcy księżycowych), żydowski (łączy lata słoneczne z księżycowymi, zaś lata liczą się w nim od „stworzenia świata”, czyli od roku 3760 przed narodzinami Chrystusa). Także kalendarze ludów Azji – np. chiński, buddyjski, irański, czy ludów Ameryki – aztecki, Majów. Obecnie większość z tych – dla nas nieco egzotycznych – kalendarzy utraciła już swoje dawne znaczenie, ale niektóre nadal funkcjonują w sferze religii, wierzeń i tradycji etniczno-kulturalnych.

Kalendarze w Polsce zaczęto drukować w II połowie XVIII wieku w Krakowie i znane były pod nazwą „kalendarzy berdyczowskich”, a ich autorami byli profesorowie Akademii Zamojskiej. Kalendarze były nie tylko zapisem miesięcy i dni, lecz były almanachami wiedzy. Przekazywały wiadomości z dziedziny historii, religii, geografii. Dotyczyły także życia codziennego – tak dla szlacheckich dworów jak i mieszczan, których coraz więcej było w ówczesnej Rzeczypospolitej. Szczególną rolę pełniły w czasie 123 lat niewoli, podczas zaborów, bo pomimo cenzury starano się w nich zawsze przemycić patriotyczne treści.

Dziś kalendarze są szeroko dostępne. Możemy w nich znaleźć najróżniejsze treści. Zawierają informacje z różnych dziedzin, wskazówki praktyczne, nawet te bardziej wysmakowane – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, gdyż kalendarzy z przepisami kulinarnymi jest chyba najwięcej i cieszą się ogromną popularnością. I tu znów zwrócę uwagę na księgarnię „Popularną” pana Andrzeja oraz hurtownię „Emmanuel”, gdzie znajdziemy kalendarze ze wspaniałymi przepisami dla pani domu. Małe kalendarzyki nosimy w kieszeni lub w torebce i zaglądamy do nich zapisując ważne daty, spotkania, wydarzenia. Kalendarze są też pouczające. Dzięki nim wiemy na przykład, jak nazywają się miesiące i dni w różnych językach. Ale czy zawsze wiemy, skąd wzięły się nazwy rodzime? Spójrzmy na nazwy miesięcy i dni. Otóż ściśle polskie nazwy miesięcy to: styczeń, luty, kwiecień, czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad i grudzień. Oznaczają: styczeń – wywodzi się od wyrabianych z suchego drewna tyk, luty – od srogich mrozów, kwiecień – od kwiatów, które pojawiają się po zimie, czerwiec – od owada czerwia, lipiec – od podbierania barci z kwietnej lipy, sierpień – od żniwnego sierpa, wrzesień – od wrzosu, październik – od paździerzy, listopad – bo „liść opadł”, a grudzień – od grudy, czyli zamarzającej ziemi. Natomiast  miesiące marzec i maj wywodzą się z tradycji kalendarza rzymskiego – od Marsa i bogini Mai.

Spójrzmy na nazwy dni tygodnia. Niedziela nakazuje odpoczynek, bo to dzień święty, więc „nie dzielaj” – „nie działaj, nie pracuj”. Po niej mamy poniedziałek, o którym mówi się, że „szewski” lub trudny do przeżycia. Wtorek to drugi dzień, czyli „wtóry”. Środa – bo „w środku”. Potem czwartek, czyli czwarty i piątek, bo piąty. I nagle pojawia się sobota – a nazwa tego dnia tygodnia łączy się z tradycją hebrajską, w której oznaczała „odpoczynek”. Czy zatem już od dawna planowano tzw. wolne soboty, zapowiadające weekendy? Kto wie? W językach anglosaskich nazwy dni otrzymały imiona bogów rzymskich, kojarząc je z nazwami planet.

Kalendarz katolicki, co do liczenia czasu będący oczywiście „gregoriańskim” czyli opierającym się na systemach słonecznym i księżycowym,  zawiera wiadomości o świętach stałych i ruchomych, a każdy dzień w tym kalendarzu ma swojego świętego patrona.

Gdy mówimy o kalendarzach religijnych, to warto wspomnieć, że inne wyznania też mają „swój” sposób liczenia czasu. Kościoły tradycji zachodniej czyli m.in. ewangelicki w zasadzie z pewnymi wyjątkami trzymają się starego kalendarza gregoriańskiego. Ten kalendarz kościelny publikowany jest między innymi corocznie w formie drukowanej jako oddzielna książka pod tytułem „Kalendarz Ewangelicki”, gdzie oprócz części „kalendarzowej” znajdziemy różnego rodzaju teksty z życia ewangelików i ich Kościoła. Na ten roku ukazała się 134. edycja tego wydawnictwa.

Przed nami rok 2020, o jeden dzień dłuższy, czyli tzw. przestępny (nazywam go sobie „przestępczym”, bo wymaga dodatkowych wydatków na ten jeden dzień lutego!). Od dawna wiążą się z takim rokiem rozliczne przesądy, lecz odłóżmy je na bok – podobnie jak „piątek trzynastego”, który powinien niektórzy uważają za pechowy. To jednak nic wobec przesądu Włochów z liczbą „17”. A jeżeli siedemnasty dzień miesiąca przypada w środę, to zapowiedź gotowego nieszczęścia. Ta liczba po prostu nie istnieje – ani w szkolnych dziennikach, ani w numeracji mieszkań. Nie ma też w hotelach pokojów z numerem siedemnastym! I lepiej o taki nie pytać – ostrzegała nasza przewodniczka, Laura, podczas mojej pierwszej wyprawy do Italii. Informując nas o tym przesądzie opowiadała, że Włosi najchętniej nie wychodziliby wtedy w ogóle z domu. Co kraj to obyczaj.

Przed nami nowy rok. Nowe dni, nowe wydarzenia. I znów udamy się na szlak wspomnień o tym, co działo się w Szopienicach przed wiekiem. I odwiedzimy miejsca, w których działa się historia. Ta przeszłość, która kształtowała nasze dziś.

MARIA KAŹMIERCZAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *