środa, 30 listopada

Będzie odpust!

Odpust w Szopienicach, z archiwum autorki

Szanowni Czytelnicy, których PESEL rozpoczynają cyfry od 3 do 5 i 6 a pamięć ich sięga do czasów bardzo dawnych, a także ci najmłodsi, którym słowo „odpust” kojarzy się już nieco inaczej. „Odpust” to przede wszystkim coroczne święto parafialne, kiedy obchodzimy imieniny naszej Patronki, święto parafii pod wezwaniem św. Jadwigi Śląskiej. Będzie to niedziela, 20 października. Oczywiście główna uroczystość to msza święta odpustowa o godzinie 12.00 połączona z procesją wokół kościoła, a także uroczyste nieszpory. Kazanie odpustowe wygłasza zwykle zaproszony kapłan (w ubiegłym roku był to ks. Grzegorz Krzyk – nasz dawny wikariusz).

A obok kościoła – budy i strzelania z „placpatronów”. I balony, i „makrony” (nie mylić z aktualnym prezydentem Francji, on się pisze przez „c”). W pobliżu klasztoru będzie „romel”, a właściwie jego namiastka, lecz zawsze coś. Do odpustu trzeba się przygotować: domowo – sprzątać, pomyć okna, pozmieniać firany, „wyklupać tepichy”, nakupić, napiec co trzeba. Trzeba też przygotować się duchowo. Wyspowiadać, iść do kościoła, aby podziękować św. Jadwidze za cały rok i poprosić o następny.

Naokoło szopienickiego krzywego ronda staną budy z piernikami, lizakami, miśkami oraz innymi słodkościami. Będą też zabawki, inspirowane bohaterami aktualnych filmów dziecięco-młodzieżowych. Będzie też biżuteria rodem z seriali, a teraz moda na Turcję, która chyba bierze na nas odwet za Wiedeń i zalewa TVP swoimi serialami (aktorzy w nich tacy przystojni, że niejedna Polka chętnie poszłaby w jasyr!). Na „romlu” zawsze była „szisbuda” i można było „wystrzelić” coś, np. za złotówkę sztuczny kwiatek z ptasich piór, pomalowany na czerwono-różowo-żółto. Taki kwiatek stanowił wyznanie uczucia. Jeszcze przed odpustem, jakiś tydzień wcześniej, prosto z nabożeństwa różańcowego młodzież szła na „romel” przy starej zajezdni tramwajowej (teraz znajdują się tam budynki „ZETOM” i „ELBUD”). To był „romel”! Z „keciokiem” i diabelskim młynem. Ówcześni młodzieńcy ze swoimi wybrankami serca ruszali na „keciok” i się „okręcali”. Piski, śmiechy wrzaski i radocha na całego… I nigdy nie było żadnej „rozróby” ani bijatyk. Pamiętam te czasy, jako że z okna mieszkania miałam widok na „romel”, ale jako małolata mogłam co najwyżej korzystać z „karasola – łódki” lub „karasola – małe zoo”. Potem nastąpiły nowe czasy i postęp. „Romel” przeniósł się na Burowiec (dziś Park Hilarego Krzysztofiaka), potem na krótko wrócił na obecny plac targowy i ostatecznie wylądował na wzgórku pod cmentarzem obok klasztoru. W czasach, kiedy parki rozrywki i aquaparki stały się rzeczą normalną małych i dużych miast, kiedy „trafiły pod strzechy”, „romel” nie jest już taką atrakcją, jak był niegdyś. Jednak pozostał we wspomnieniach z czasów, kiedy było się małolatem i trocinkowy balonik na gumce lub wykręcone na „zuzce” gipsowe kominiarze, krasnale, pieski i kotki były najwspanialszymi pamiątkami z odpustu. Nie mówiąc już o złotym pierścionku za 3 złote. I jak mają się te wspominki do dzisiejszych zabawek? Jednak świat musi się zmieniać i za trzydzieści parę lat dzisiejsza młodzież też będzie wspominać.

A jeżeli jesteśmy przy sferze duchowej, to przed kościołem św. Jadwigi dawno temu były też stragany z dewocjonaliami – aż dwa. Jeden prowadziły siostry zakonne z Krakowa. Było to ponad sześćdziesiąt lat temu. One miały lepszy i łatwiejszy dostęp do świętych obrazków czy też modlitewników, a nawet miały także włoskie różańce i medaliki. A dziś? Mamy hurtownię pana Czesława Mauera, a w niej bogactwo dewocjonaliów. Tylko wybierać – medaliki, łańcuszki, krzyżyki, piękne obrazki i obrazy, kalendarze – przebogaty asortyment. Dawniej każdy chciał, lecz nie miał, dziś może mieć, ile dusza zapragnie, lecz czy dusza chce? Tak dochodzimy do aspektu religijnego uroczystości odpustowej, który niestety pozostaje gdzieś na dalszym planie. To wielka szkoda, bo trzeba zachować równowagę w tradycji.

Patronka naszej parafii, św. Jadwiga Śląska, była postacią wyjątkową i to nie tylko jako święta, lecz jako kobieta czasów średniowiecza wybiegająca myślą daleko w przyszłość. Jadwiga, księżna troszczyła się o swych poddanych, uczyła pisać i czytać młode mniszki w trzebnickim klasztorze. Ufundowała szpitalik, zajmowała się biednymi i chorymi, a także ziołolecznictwem i higieną w obawie przed zarazami, które wówczas dziesiątkowały ludność. Polityką też się zajęła – kiedy jej małżonek, Henryk Brodaty, znalazł się w niewoli u Konrada Mazowieckiego, ona pieszo powędrowała do Płocka, aby go z tej niewoli wydostać. We lwowskiej galerii malarstwa znajduje się obraz, mało znany lecz wyjątkowy. Przedstawia tę scenę – Henryk ze złamaną ręką siedzi a obok, naprzeciwko siebie, stoją Jadwiga i Konrad. Księżna władczym gestem wskazuje na małżonka i przemawia do Konrada. Książę mazowiecki – powiedzmy współczesnym językiem – nie miał wyjścia. I tak zakończył się konflikt. Henryk wrócił do swego księstwa. Jadwiga była zdecydowaną władczynią i żoną. Nosiła takie imię, które później, na jej cześć, nosiło wiele polskich królowych i księżniczek – Jadwiga Łokietkowa, królowa i jej prawnuczka, przyszła polska królowa Jadwiga Andegaweńska. To mocne imię, takie z charakterem. Spójrzmy zatem w odpustową niedzielę na jej obraz w ołtarzu naszego kościoła. Zobaczymy nie księżnę, lecz świętą kobietę, która odsuwa koronę, a przytula do serca figurkę Matki Bożej. Ona też była matką dla poddanych a nie ich władczynią. I tego może nadal nas uczyć – miłości i wiary.

Maria Kaźmierczak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *