środa, 5 października

Historia cukierni Chęcińskich – Szachtów

Cukiernia Łukasza Szachty przy pl. Powstańców Śląskich, fot. M. Malina
Cukiernia Łukasza Szachty przy pl. Powstańców Śląskich, fot. M. Malina

Historia cukierni Chęcińskich – Szachtów jest jak śląski kołocz: przygotowanie go wymaga wysiłku i cierpliwości; łączy w sobie różne składniki, z pozoru skromny, zaskakuje głębią smaku. Łączy tych, którzy się nim częstują, niezależnie od ich wieku, pochodzenia i doświadczeń.

Przepis na dobrą historię


2022
Historia (nie tylko) kołoczkiem się toczy

Trudno byłoby znaleźć szopieniczanina, który przynajmniej raz w życiu nie kupiłby maszketów „u Szachty” (czy „u Chęcińskiego”). Cukiernia, położona przy placu Powstańców Śląskich, nieopodal przystanku, wyróżniająca się zabytkowym wnętrzem z jej znakiem firmowym – piekarczykiem, zdobiącym ścianę, stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych sklepów miejscowości.

Piekarczyk zdobiący wnętrze cukierni, fot. M. Malina
Piekarczyk zdobiący wnętrze cukierni, fot. M. Malina

Rytm pracy zakładu wyznacza też w pewien sposób rytm życia dzielnicy. W dni powszednie rankiem wstępują tu zazwyczaj ci, którzy jeszcze przed pracą chcą kupić kołoczki, bułki i chleb. Nieco później – zakupy robią emeryci, wracając z kościoła. Jeszcze niedawno niektórzy z nich zamawiali kawę i siadali przy małym stoliku, by sobie poklachać. Teraz część seniorów udaje się na spotkania do Starej Apteki… Przed jedenastą, podczas długiej przerwy, wbiegają „do Szachty” uczniowie. Po dwunastej ruch w cukierni jest coraz mniejszy; mniejszy jest też wybór kołoczy i kołoczków. To czas, w którym najlepiej robić zamówienia na rodzinne imprezy. Wreszcie drzwi sklepu się zamykają. Jego właściciel, Łukasz Szachta, sporządza bilans dnia, składa zamówienia, załatwia sprawy urzędowe. Opuszcza firmę po południu, by już o czwartej nad ranem kolejnej doby nadzorować pracę piekarni. Przed świętami zdarza mu się w ogóle z niej nie wychodzić. Kolejki, które ustawiają się po wyroby cukiernicze przed sklepem, stanowią znak, że szopieniczanie przygotowują się do ważnych uroczystości i potrzebują maszketów na Boże Narodzenie, Wielkanoc czy przyjęcia z okazji pierwszej komunii świętej. Jest jeszcze tłusty czwartek, gdy cukiernia sprzedaje kilkanaście tysięcy pączków…

Powtarzalność rytmu pracy firmy mogłaby sugerować, że i jej dzieje będą nieco… monotonne. To jednak pozory. W istocie historia działalności Szachtów (Chęcińskich) w Szopienicach stanowiłaby scenariusz dobrego filmu.

1938

Gorzki smak słodkości

Józef Chęciński
Józef Chęciński

Grudzień 1938 roku. Do Szopienic przybywa Józef Chęciński – mistrz cukierniczy z Bydgoszczy. Jego rodzina chlubi się piękną przeszłością. Według powtarzanych z pokolenia na pokolenie przekazów, dziadek Józefa, miał uczestniczyć w powstaniu styczniowym. Ciężko ranny, zdołał uciec do Wielkopolski, lecz po przekroczeniu granicy zaborów rosyjskiego i pruskiego stracił przytomność. Życie uratowała mu dziewczyna, która znalazła nieprzytomnego mężczyznę. Powróciwszy do zdrowia, ożenił się z nią i osiadł w Wielkopolsce. Dalsze losy rodziny związane były z Bydgoszczą, wówczas wchodzącą w skład pruskiej Prowincji Poznańskiej.  Chęcińscy zasłynęli tutaj jako doskonali rzemieślnicy. Jednym z nich był Józef, który – jak jego dziadek  – postanowił walczyć o wolność, biorąc udział w powstaniu wielkopolskim. Gdy miasto wróciło w granice odrodzonej Polski, zajął się rozwojem kariery zawodowej. Jego piekarnia musiała dobrze prosperować, skoro zgromadził dosyć spory majątek – był m.in. właścicielem kilku kamienic. Dobrze układało się też prywatne życie bydgoszczanina – po śmierci pierwszej żony ożenił się z jej siostrą – Joanną. Dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa: Edward, Wacław, Aleksandra, Leonarda oraz  Jerzy żyły z sobą w zgodzie.

Joanna Chęcińska
Joanna Chęcińska

Z perspektywy czasu trudno dociec, czym kierował się Józef Chęciński, opuszczając rodzinne miasto. Może chciał rozpocząć nowy etap życia na tzw. Kresach Zachodnich? Może uznał, że tylko tutaj będzie miał najlepsze warunki do rozwoju swojej pasji? Nikt już nie udzieli jednoznacznej odpowiedzi na powyższe pytania. Po prawie dziewięćdziesięciu latach, które minęły od czasu podjęcia przez niego decyzji o przeprowadzce, można tylko powiedzieć, że jej konsekwencje okazały się dla niego dramatyczne, a bardzo dobre – dla szopieniczan.

Nie spełnił się plan rozwoju firmy bydgoskiego piekarza. Koniec lat trzydziestych nie był dobrym czasem na inwestycje. Pomimo że Chęciński miał pieniądze, które otrzymał za sprzedane kamienice, na Śląsku nie mógł kupić domu, bo właściciele nieruchomości w niespokojnym okresie przed wybuchem wojny nie chcieli się ich pozbywać. W końcu zadowolił się wynajęciem lokalu przy ul. Obrońców Westerplatte (dawniej ul. Józefa Piłsudskiego; obecnie znajduje się tutaj sklep „Świeżyzna”). Na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie rodziny, z którego – krętymi schodami – schodziło się do piekarni. Jej właściciel postanowił przeszczepić tradycje wielkopolskiego cukiernictwa na śląski grunt i szybko przekonał się o istnieniu różnic kulturowych i językowych… Na początku trudno mu było zrozumieć, o co chodzi klientom, którzy prosili  o kreple i zisty, a – gdy odpowiadał – że takich słodkości nie ma – wskazywali na pączki i babki. Dziwił się, że Ślązacy nie zaakceptowali jego wielkopolskich mazurków świątecznych. Miał satysfakcję, gdy chwalili – przygotowane wg opracowanej przez niego receptury – pączki i uszka z ciasta francuskiego (te wyroby staną się znakiem rozpoznawczym cukierni i będą sprzedawane w niej przez kolejne dziesięciolecia). I gdy jego firma zdobywała uznanie szopieniczan, nadeszła wojna.

W trudnych czasach po raz kolejny dał o sobie znać „gen wolności” Chęcińskich. Dorośli synowie Józefa, Edward i Wacław, jako żołnierze Wojska Polskiego uczestniczyli w kampanii wrześniowej i zostali wzięci do niewoli. Wojnę spędzili w obozach jenieckich. Właściciel piekarni pozostał w Szopienicach. Przez hitlerowców traktowany był jako obywatel drugiej kategorii – „der Pole”. Jego córki musiały służyć u Niemców, którzy – na szczęście –odnosili się do nich życzliwie. Dzięki tej służbie Leonarda doskonaliła język Schillera i Goethego, co przydało jej się, gdy ukrywała i przewoziła żydowskie dzieci do Sosnowca. Tutaj zajmowała się nimi słynna siostra karmelitanka – matka Teresa Janina Kierocińska. W mieszkaniu nad piekarnią dziewczęta i chłopcy, którzy cudem uniknęli wywózki do Auschwitz lub zostali uratowani z transportu, mogli liczyć na posiłek, kąpiel i nowe ubrania. Następnie młoda kobieta, wykorzystując wrodzoną pewność siebie, wsiadała z nimi do tramwaju. Wybierała wagon „nur für Deutsche” – „tylko dla Niemców”, polecając im, by przez cały czas podróży do Zagłębia milczeli. Gdy pewnego dnia jedna z podopiecznych złamała jej zakaz, Leonarda, nie tracąc rezonu, po niemiecku wytłumaczyła współpasażerom, że nastolatka jest jej polską służącą.

Walcząc o przetrwanie firmy podczas wojny, Chęciński – były powstaniec – postanowił jednocześnie zaangażować się w działalność konspiracyjną. Część zysków ze sprzedaży pieczywa i ciast przeznaczał na sfinansowanie fałszywych dokumentów osobom, które znajdowały się na „czarnej liście” okupanta. Miał świadomość, że ryzykuje życiem, dlatego stał się bardzo ostrożny. Ze szczególną nieufnością traktował sąsiadów – Niemców. Niestety, został zdradzony przez Polaka, wychowanka znajomych z organizacji konspiracyjnej. Chłopak, kierując się niejasnymi motywami, wydał członków szopienickiej komórki, w tym swoich opiekunów. Wszyscy zostali uwięzieni w Mysłowicach, a później trafili do Auschwitz. Rodzina Józefa Chęcińskiego, by podtrzymać go na duchu, wysyłała do obozu oryginalne kartki świąteczne. Pozostali w Szopienicach: żona Joanna, córki Aleksandra i Leonarda, a także syn Jerzy, robili sobie fotografie w przebraniach aniołków, Mikołaja itp.,

W ten sposób chcieli dodać otuchy uwięzionemu, a jednocześnie poinformować, że są cali i zdrowi. Nie wiadomo, czy adresat otrzymał pocztówki z Szopienic. W marcu 1944 roku właściciel piekarni zmarł na tyfus. Żonie, która zdobyła się na akt odwagi i pojechała do Auschwitz z prośbą o wydanie ciała męża, cynicznie zaproponowano, by wzięła garść popiołów, bo zwłoki zostały skremowane. Rodzinie pozostało tylko upamiętniać zmarłego, zapalając znicz przy krzyżu na szopienickim cmentarzu. Tej tradycji potomkowie Chęcińskiego są wierni do dziś – co roku w Uroczystość Wszystkich Świętych udają się tam, by pomodlić się za swojego przodka.

Po śmierci męża na barkach Joanny spoczęło utrzymanie rodziny. Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Niemcy skonfiskowali sprzęt piekarniczy i zamknęli firmę. Na szczęście, wdowa zdołała ukryć beczkę miodu i zapasy mąki, które przed aresztowaniem kupił jej mąż. Produkty przekazała znajomemu piekarzowi. Ten zobowiązał się wydawać jej chleb. To uchroniło rodzinę przed głodem i pozwoliło przetrwać do końca wojny.

1945

Bez pracy nie ma kołoczy

Wkrótce po wkroczeniu Armii Czerwonej do Szopienic Joanna Chęcińska dowiedziała się o śmierci konfidenta, który wydał jej męża. Młody mężczyzna – jako zdrajca – prawdopodobnie został powieszony w słynnym lasku przy dawnej kopalni Morgenroth (obecnie przebiega tu granica między Szopienicami a Janowem) – tam, gdzie wcześniej egzekucje przeprowadzali Niemcy. Nie wiadomo, jak zareagowała na tę wiadomość. Z pewnością absorbowały ją ważniejsze problemy. Czuła się odpowiedzialna za rodzinę. Doszła do wniosku, że będzie kontynuowała działalność rozpoczętą przez męża, chociaż zajmowała się dotąd sprzedażą pieczywa i ciast, a nie ich wyrabianiem. Postanowiła zatem poprosić krewnych z Bydgoszczy, by ci „oddelegowali” na Śląsk doświadczonego piekarza. Rodzina spełniła jej prośbę. I tak w Szopienicach pojawił się Stanisław Szachta.

Mogąc liczyć na jego wsparcie, Chęcińska zwróciła się do nowych władz o wydanie zgody na działalność zakładu. Komuniści, chociaż niechętni prywatnej inicjatywie, pozytywnie rozpatrzyli jej podanie. Pewną rolę odegrało tu powołanie się przez Joannę Chęcińską na bohaterską przeszłość jej męża. Co więcej, zaproponowano jej, by przejęła lokal w centrum Szopienic, przy dzisiejszym placu Powstańców Śląskich. Do zakończenia II wojny światowej pieczywo wyrabiał tutaj i sprzedawał Niemiec – Wieczorek, który w 1945 roku wyjechał na Zachód. Jego piekarnia była bardzo dobrze wyposażona, a nad nią znajdowało się mieszkanie.

Zezwolenie na wypiek i sprzedaż pieczywa
Zezwolenie na wypiek i sprzedaż pieczywa

Po otrzymaniu oficjalnych zezwoleń (w 1947 roku) nie było już przeszkód, by znowu sprzedawać szopieniczanom maszkety. Właścicielka rozpoczęła jednak skromnie – zaoferowała im piszingery. Na nic więcej nie mogła sobie jeszcze pozwolić. Zastanawiała się, czy klienci zdecydują się je kupić. Piszingery zniknęły w ciągu pięciu minut. Dla Joanny Chęcińskiej był to znak, że to, co robi, jest potrzebne. Dzięki ogromnemu wysiłkowi, związanego z pracą w piekarni, zapewni egzystencję swojej rodzinie. Najbliższym powiedziała: „Tutaj nie chodzi o to, by zarobić. Chodzi o to, żeby przeżyć w tych trudnych czasach”. Zrozumieli. W pracę zaangażowały się wszystkie dzieci – również Edward i Wacław, którzy wrócili z niewoli. Wkrótce zresztą okazało się, że sprowadzony z Bydgoszczy Stanisław Szachta zakochał się w Leonardzie i poprosił ją o rękę. Zostając członkiem rodziny, wrósł w nią do tego stopnia, iż niektórzy szopieniczanie byli przekonani, że nosi nazwisko Chęciński. Początkowo zięć właścicielki zaprzeczał, później – dał za wygraną.

Leonarda z domu Chęcińska i Stanisław Szachta
Leonarda z domu Chęcińska i Stanisław Szachta

Bez ogromnej mobilizacji właścicieli cukiernia zostałaby szybko zamknięta. Zgoda na jej działalność była ostatnim gestem dobrej woli ze strony władz komunistycznych, które wszelkimi sposobami starały się utrudnić życie rzemieślnikom. Nakazywały na przykład obowiązkową sprzedaż chleba, nie przydzielając odpowiedniej ilości mąki. Właścicieli zakładu nękano licznymi kontrolami oraz inspekcjami.

Przeciwności nie zrażały Chęcińskich – Szachtów, którzy radzili sobie w komunistycznej rzeczywistości – pomimo wszystkich jej absurdów. Ich życie, doskonale zorganizowane, koncentrowało się na piekarni. Każdy członek rodziny miał swoje obowiązki. Przedstawiciele najmłodszego pokolenia jeździli do sąsiednich miejscowości, by w sklepach spożywczych kupować potrzebne rodzicom towary, np. wafle, wykorzystywane później do wyrobu lodów. W wolnych od nauki chwilach  – w miarę możliwości – pomagali w sklepie.

Oczywiście, starano się wykorzystywać liczne „znajomości”, by sprowadzić produkty do wyrobu ciast. Omijając oficjalnych dystrybutorów, pozyskiwano sobie tylko znanymi sposobami mąkę, jajka i mleko. Gdy nie dało się kupić określonych składników, trzeba było polegać na własnej pomysłowości, np. odwrócić proces technologiczny i  z masła wymieszanego z mlekiem wytworzyć śmietanę – kremówkę. Można było także wykorzystać własne zasoby: do tortów i kołoczy trafiały wiśnie oraz porzeczki z rodzinnego ogrodu w okolicach Bielska, który teoretycznie kupiono po to, by wszyscy mogli odetchnąć od pracy w cukierni. W czasach ciągłych problemów z zaopatrzeniem Stanisław Szachta wraz z Alfredem Gojem – znajomym, który miał w pobliżu piekarni warsztat ślusarski, konstruował maszyny piekarnicze i naprawiał ich zepsute części. Pojęcie czasu wolnego dla niego istniało. „Majster” – jak zwykli go nazywać czeladnicy – odpoczywał tylko w niedzielę przed południem. Praca była jego pasją – nawet wówczas, gdy miał już niemal dziewięćdziesiąt lat, pojawiał się w cukierni, by udzielać wskazówek młodym rzemieślnikom oraz sprawdzać, czy zakupione przez syna urządzenia działają prawidłowo.

Bardzo absorbująca praca nie zamykała właścicieli firmy na innych ludzi oraz ich potrzeby. Starano się kultywować dobre tradycje rzemieślnicze – majster zawsze jadał śniadanie z czeladnikami. W mieszkaniu nad zakładem nigdy nie brakowało gości. Dobre relacje łączyły Szachtów z innymi piekarzami czy cukiernikami, zwłaszcza z Joachimem Dryszlem.

Joanna Chęcińska i szopienickie Matki Polski
Joanna Chęcińska i szopienickie Matki Polski

Okres komunizmu to jednak nie tylko walka o przetrwanie prywatnej inicjatywy. To również czas, w którym ponownie dał znać o sobie „gen niepodległości” Chęcińskich. W latach 50. XX wieku najmłodszy syn Józefa – Jerzy (zwany przez przyjaciół Kołoczkiem, bo chętnie dzielił się z nimi maszketami), przedwojenny harcerz, postanowił zaprotestować na katowickim Placu Wolności przeciwko dominacji ZSRR. Skończyło się to dla niego wyrokiem pięciu lat więzienia. Karę odbywał w okrytych złą sławą Wronkach. Po latach jego znajomy z czasów młodości, Kazimierz Kutz, połączy pewne fakty i stworzy własną wersję wydarzeń w „Piątej stronie świata” –  na kartach jego powieści to założyciel szopienickiej cukierni miał przebywać w areszcie, gdzie nauczył się sztuki pieczenia kołoczków. Takie swobodne potraktowanie historii oburzy potomków Józefa Chęcińskiego, którzy napiszą do autora list. Zaznaczą w nim, że wprowadzanie elementów fikcji do rzeczywistych biografii wprowadza w błąd czytelników, a także jest krzywdzące dla rodziny.

XXI wiek

Smak nowych czasów

Zamiłowanie do wypieku ciast  Leonarda i Stanisław przekazali swym dzieciom. Niemal wszystkie (z wyjątkiem córki Marii Janusz, która za to dokumentuje losy Szachtów) poszły w ich ślady. Danuta, podobnie jak jej matka, założyła rodzinę z mistrzem cukierniczym (a wcześniej czeladnikiem ojca) – Bernardem Skórokiem.  Małżonkowie wspólnie prowadzili zakład w Mysłowicach przy ulicy Bytomskiej. Obecnie firmą kieruje ich syn – Mateusz. Absolwent studiów wyższych na kierunku technologia żywności lubi nowe wyzwania. Obserwuje modne trendy i stara się niektórymi z nich inspirować. Uczestniczy w branżowych targach, prezentując na nich swoje wyroby. Jego specjalnością są artystyczne torty, przygotowywane według indywidualnych projektów klienta.

Do decyzji o tym, by jednak zająć się wypiekiem maszkietów długo dojrzewał syn Leonardy i Stanisława – Jerzy. Początkowo swoją przyszłość wiązał z przemysłem. Skończył politechnikę, uzyskując tytuł inżyniera metalurga. Jednak z czasem doszedł do wniosku, że od pieców hutniczych woli piece piekarnicze. Założył zakład przy ul. Granicznej w Katowicach. Zamknął go, gdy przeszedł na emeryturę.

W Szopienicach pozostał Bogdan Szachta. Na początku pracował pod czujnym okiem swojego ojca, dlatego czeladnicy nazywali go „młodym majstrem” (w odróżnieniu od „starego majstra” – Stanisława). To jemu przypadło w udziale wprowadzić cukiernię w nowe czasy – czasy gospodarki rynkowej. Po jego przedwczesnej śmierci zarządzanie firmą przejął syn, przedstawiciel czwartego pokolenia cukierników – Łukasz Szachta.

Łukasz Szachta, fot. Sandra Braksator-Malina
Łukasz Szachta, fot. Sandra Braksator-Malina

Właściciel zakładu przy placu Powstańców Śląskich jest wierny tradycji. Większość maszketów sporządza się tutaj według receptur, które opracowali jego pradziadek czy dziadek. Dzięki temu szopieniczanie mogą jeść wielkopolskie kreple i uszka. Nadal korzysta też z pieca piekarniczego, który pamięta czasy pierwszych właścicieli lokalu – Wieczorków, zatem liczy prawie 100 lat! Dzięki temu jednak wypieki mają unikalny, tradycyjny smak.

Wnętrze cukierni, fot. M. Malina
Wnętrze cukierni, fot. M. Malina

Zgodnie z tradycją Łukasz Szachta przygotowuje do wykonywania zawodu kolejne pokolenia praktykantów i czeladników, współpracując z Izbą Rzemieślniczą w Katowicach, a także szkołami branżowymi i Technikum Przemysłu Spożywczego. I – jak jego przodkowie – angażuje się w działalność charytatywną.

Nowe czasy – to także nowe problemy. Nie zdobywa się już „po znajomości” składników na ciasta, ciastka i drożdżówki, lecz ceny mąki, jajek czy masła przyprawiają o zawrót głowy. Do tego dochodzą koszty energii elektrycznej, podatki, itd. Kolejny raz trzeba głowić się, co zrobić, by wspomnianymi kosztami w jak najmniejszym stopniu obciążać klientów, którzy nie należą do najzamożniejszych. Wymaga to sztuki nieustannych kompromisów i sporego wysiłku. Potomek Stanisława Szachty również „czas wolny” ma bardzo mocno ograniczony.

Jest jeszcze konkurencja… Ale czy popularne sieci piekarń i sklepów, oferujące tańsze drożdżówki i ciasta mogą poszczycić się ponad osiemdziesięcioletnią historią? Historią, która jest dobra jak prawdziwy, śląski kołocz, choć przygotowany według wielkopolskiej receptury…

D.D.

Autorka dziękuje Pani Marii Janusz oraz Panu Łukaszowi Szachcie za udostępnienie materiałów źródłowych i pomoc merytoryczną.

Artykuł powstał w ramach zadania publicznego pod tytułem: Szopienice.PL – nasza dzielnica w Internecie. Zadanie jest współfinansowane z budżetu miasta Katowice.

1 komentarz

  • Sylwia Berger-Radwańska

    Świetny artykuł!
    To są prawdziwe historie naszych Szopieniczan i ich przodków.
    Proszę o więcej takich wspomnień póki żyją jeszcze potomkowie znakomitych rodzin rzemieślników, mieszkańców Szopienic i innych pobliskich dzielnic Katowic. Poprzez ich wspomnienia młode pokolenia mogą poznać historię okolic, które zamieszkują i wyobrazić sobie dawne życie w dawnych Szopienicach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.