poniedziałek, 17 stycznia

Skąd sie to wszystko wziyno? – Wywiad z Kazimierzem Kutzem

Z Kazimierzem Kutzem, wybitnym szopienickim reżyserem, rozmawia Michał Malina.

Michał Malina: Skąd Pana fascynacja filmem?

Kazimierz Kutz: Fascynacja filmem narodziła się z młodzieńczego zainteresowania literaturą. Moje dzieciństwo przypadło na lata okupacji. Nie wolno było wtedy mówić po polsku, nie wspominając już o czytaniu. Moja mama ignorowała jednak te zakazy. Często widziałem ją pogrążoną w lekturze – to przez nią zostałem wprowadzony w świat książek. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności miałem też do dyspozycji bibliotekę naszej sąsiadki, która pochodziła ze szlacheckiej rodziny. Została porzucona przez męża. Mieszkała obok nas w Ogrodzie Dworcowym. Jej księgozbiór był naprawdę imponujący. Pomimo to wszystkie tworzące go pozycje przeczytałem już podczas wojny. Zetknięcie się z dorobkiem wybitnych pisarzy spowodowało, że zacząłem zastanawiać się nad fenomenem szczególnego obdarowania, które  pozwala im kreować piękną, nową rzeczywistość, a przy tym posługiwać się tak bogatym językiem. Z dzisiejszej perspektywy dostrzegam, że takie refleksje są typowe dla każdego młodego człowieka, zafascynowanego literaturą. W moim przypadku towarzyszyłam im chęć poświęcenia się pisarstwu. Chciałem mieć taką moc kreacji, jaką podziwiałem u moich mistrzów. Tymczasem zakończyła się wojna. Zapisałem się do liceum. Myślałem też o przyszłości. Rozważałem wybór studiów polonistycznych. Obawiałem się jednak, że jako ktoś, kto do osiemnastego roku życia posługiwał się tylko gwarą, nie sprostam wymaganiom. Przygotowując się do matury, przeczytałem informację o założeniu szkoły filmowej. I wówczas wpadłem na pomysł, by się do niej zapisać. Pomyślałem dobie, że w ten sposób uniknę problemów językowych. Film potraktowałem jako odmianę literatury, swoistą „literaturę obrazów”. Oczywiście, uwielbiałem chodzić do kina i oglądać dobre produkcje artystyczne, ale nie zaliczałem się do klasycznych kinomanów. Swoją drogą, w Szopienicach były wówczas dwa kina – dzisiaj nie ma żadnego… Z przyjęciem do łódzkiej filmówki nie miałem żadnych problemów. Czas spędzony nad książkami i młodzieńcze przemyślenia na temat warsztatu pisarskiego przyniosły efekty. Zaprocentowało też sięganie przeze mnie do gazet i czasopism. Gdy na egzaminie zapytano mnie, jakie ze znanych tygodników literackich czytam, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że wszystkie. Padło wówczas drugie pytanie: „A czy przeczytał pan ostatni tom Kultury?” Przytaknąłem. Egzaminator nie dawał za wygraną: „Proszę zatem powiedzieć, jaki artykuł widniał na pierwszej stronie tego czasopisma i kto był jego autorem”. Odpowiedź nie sprawiła mi żadnego problemu. Członkowie komisji ze zdziwienia „rozdziawili gęby”. A trzeba wiedzieć, że czytanie czasopism było sprawą polityczną. Autorzy zamieszczonych w nich artykułów najczęściej realizowali oficjalną „linię partii”, propagując socrealizm. Zatem dzięki czytaniu książek mogłem wykazać się erudycją i elokwencją, a dzięki czytaniu czasopism – znajomością aktualnych nurtów w kulturze. Nie miałem też najmniejszych trudności z przywoływaniem kontekstów interpretacyjnych, punktów odniesienia dla konkretnych dzieł literackich itp. W ten sposób, będąc „synkiem z familoka”, dostałem się na wybrane studia. A trzeba wiedzieć, że o przyjęcie starało się sześciuset kandydatów – tymczasem miejsc na łódzkiej filmówce było zaledwie sześćdziesiąt!

MM: Myślał Pan o tym, co by było, gdyby nie dostał się pan do szkoły filmowej w Łodzi?

KK:  Prosta sprawa. Wylądowałbym na kopalni. Musiałbym iść do roboty. Gdy powiedziałem matce o swoich planach, nie odradzała mi studiów. Powiedziała tylko: „Proszę bardzo. Twoja sprawa, twoja odpowiedzialność. Jak chcesz, to idź”. Wie pan, na Śląsku istniało bardzo proste założenie: jeżeli jesteś Ślązakiem, musisz wykonywać podrzędne prace, musisz być prostym robotnikiem. Awanse, intratne posady czekały na karierowiczów z Zagłębia. Taki był status Ślązaków. Postanowiłem udowodnić, że może być inaczej. I w związku z tym, choć rozpocząłem studia w 1949 roku, już w 1955 roku robiłem swój pierwszy film. Po prostu się zawziąłem. Miałem dużą przewagę, bo koledzy ze studiów nie mogli się wykazać podobną do mojej wiedzą, trochę też brakowało im determinacji. To było pokolenie wojenne. A ja miałem jednak tę śląską odmienność. I choć to nie był powód do przechwałek, dawał mi ogromną ukrytą energię. W związku z tym mój pierwszy film został uznany przez krytyków za najlepszy obraz roku. Od razu znalazłem się w elicie – między Wajdą i innymi wybitnymi reżyserami. Dziesięć lat później powróciłem do swoich korzeni i zacząłem realizować pierwszy śląski film. Szło mi to jak po maśle.

MM: Na przełomie lat 50. i 60. XX wieku kręcił pan filmy w swojej małej ojczyźnie. Dlaczego?

KK: A niby gdzie miałem je kręcić? W moim życiu zawodowym to był czas, kiedy postanowiłem zostawić wszystko. Wróciłem na Śląsk i zamieszkałem u brata w Tychach. Ponownie przyjrzałem się temu regionowi. Dawniej małe miejscowości na Śląsku tworzyły zamknięte enklawy, mikroświaty. Ich mieszkańcy rzadko je opuszczali – sam przed wojną tylko dwa razy wyjechałem poza Szopienice – raz byłem w Katowicach,  raz w Sosnowcu. W tych zamkniętych mikroświatach ludzie mieli wszystko: pracę, kościół, sklepy.  Dlatego nie widzieli potrzeby interesowania się czymś innym. Stare osiedla robotnicze były przykładem ciekawych, wyselekcjonowanych struktur: na jednym mieszkali górnicy, na innych hutnicy czy kolejarze. Z dzisiejszego punktu widzenia – kosmos. Zacząłem to wszystko analizować. Doszedłem do wniosku, że mam ciekawy temat – tu wszystkie motywy pięknie się zazębiały, współgrały z sobą. Nie musiałem niczego wymyślać. Mogłem odwołać się do własnych doświadczeń. Scenariusze śląskich filmów pisałem sam dla siebie. Te scenariusze to już jest literatura. Ale przecież zająłem się też literaturą piękną – mając 80 lat, zadebiutowałem na pożegnanie „Piątą stroną świata”. Ten sam Śląsk, który utrwaliłem na taśmie filmowej, został w niej zobrazowany za pomocą słowa. W ten sposób spełniło się moje marzenie, żeby zostać pisarzem, czyli tym, który, opowiadając, dociera do wielu osób. Zainteresowanie śląską problematyką było dla mnie czymś naturalnym. Zresztą, podczas pewnej uroczystości zastanawiano się, co mnie ukształtowało jako artystę, skąd się wziąłem… Jeden z prelegentów, nieżyjący już ksiądz, wygłosił referat, w którym dowodził, że… wziąłem się sam z siebie. To prawda. A ja dodaję, że w połowie jestem z literatury. Umiłowanie książek, które zaszczepiła mi matka, przyniosło dobre owoce. Pasja czytelnicza była zresztą tym, czym różniłem się od rówieśników. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że moje życie było takie, jakie sobie wymarzyłem.

MM: A co Pan najmilej wspomina z kręcenia filmów w Szopienicach i okolicach?

KK:  W Szopienicach kręciłem najmniej. „Perła w koronie” [ostatnio zrekonstruowana cyfrowo – przyp. red.] jest kręcona na kopalni „Wieczorek” na Nikiszowcu. Samą filmową kopalnię umieściliśmy w zabrzańskiej kopalni „Pstrowski”. Gdy mieliśmy dni zdjęciowe na „Wieczorku”, gdzie zginęli moi dziadkowie, czułem się jak u siebie. Nic tu nie było dla mnie obce, bo wyrosłem w tym środowisku. Nie musiałem niczego wymyślać. Wystarczyło tylko sięgnąć do własnej pamięci i odtworzyć zapamiętane w przeszłości obrazy. Dopiero później mogłem sobie pozwolić na twórcze ich przetworzenie – na tym polega swego rodzaju zdolność narracyjna. Podkreślam jednak, że w tym filmie wszystko ma swoje odniesienie do rzeczywistości.

MM: Czym jest dla pana śląskość?

KK: Śląskość jest czymś, z czego się wziąłem. To jest moja ojczyzna, mój matecznik.  Miejsce, z którego się pochodzi, jest dla każdego artysty czymś, co determinuje w mniejszym czy większym stopniu jego twórczość. To, że wywodzę się ze Śląska, jest kwestią przypadku. Równie dobrze mogłem się urodzić jako Żyd w Azji itd. To jest posiew jakichś tajemniczych genów.

Śląsk wyróżnia się swoją odmiennością, a przede wszystkim bardzo silnym kompleksem pogranicza. Inny jest tu również status artysty. Ten region bardzo trudno zdefiniować. To fenomen o niepojętej skali. A opowiadanie o fenomenie stanowi istotę sztuki. Jako artysta dałem sobie prawo, by to robić. Opowiadam więc o Śląsku, który dzisiaj wydaje się wielkoprzemysłową padliną.

MM: Jaką wskazówkę dałby Pan dzisiejszemu pokoleniu młodych Ślązaków?

KK: Być bezwstydnie sobą i zmierzać najprostszą drogą do tego, do czego naprawdę chce się zmierzać. Nie bać się. Pielęgnować w sobie postawę buntownika i człowieka, który kocha życie.

Rozmowa odbyła się 18 lutego 2018 r. w kinoteatrze Rialto. Wywiad został opublikowany w „Miesięczniku Roździeńskim”, nr 1/2018 (kwiecień 2018), str. 13-14.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *