niedziela, 19 września

[WYWIAD] Pożegnanie z naszą księgarnią

fot. Michał Malina

Z Andrzejem Piechotą, właścicielem księgarni „Popularna” w Szopienicach rozmawiają Daniela Dylus i Joanna Kusz-Drozdowska.

Andrzej Piechota, fot. J. Kusz-Drozdowska

Szopieniczanie z niedowierzaniem przyjęli wiadomość o zamknięciu księgarni, która przecież – jak się wydawało – na trwałe wpisała się w krajobraz miejscowości. Dla wielu z nich stanowiła naturalne dopełnienie pobliskiego Domu Kultury. I chociaż mieli świadomość, że współczesny rynek preferuje wielkie sieci sprzedaży, chyba nie przypuszczali, że nadejdzie taki dzień, w którym nie będą już mogli kupić interesujących nas pozycji w „Popularnej”. Smutek, jaki wywołała ta informacja, jest porównywalny z emocjami, które wzbudziła wiadomość o likwidacji „Starej Apteki”. Dlaczego księgarnia z tak długimi tradycjami kończy swoją działalność?

Niestety, prawa rynku są nieubłagane. Prowadzenie księgarni, do której zagląda kilku klientów dziennie, nie może się opłacać. Proces, który doprowadził jej do zamknięcia, trwał już kilka lat i złożyło się na niego kilka czynników. Po pierwsze, „Popularna” nie miała szans w zestawieniu z wielkimi sieciami, jak np. EMPiK. Po drugie, dotkliwie odczułem decyzje rządu o przyznawaniu uczniom szkół podstawowych darmowych podręczników – ich sprzedaż przez lata była jednym z istotniejszych źródeł przychodu. Po trzecie, „Popularna” stała się ofiarą przeobrażeń gospodarczo-demograficznych w Szopienicach. W momencie, gdy zaczynałem tutaj pracę, znajdowało się tutaj wiele zakładów przemysłowych (m.in. Huta Metali Nieżelaznych), zatrudniających setki osób – i to nie tylko z najbliższej okolicy. Wracając z pracy, często zaglądały do naszej księgarni. Dziś – po hucie nie ma już właściwie śladu, a inne zakłady znacznie zredukowały liczebność załóg. To ma realne przełożenie na obroty okolicznych sklepów. I nie można zapomnieć o tym, że zmalała także liczba uczącej się tutaj młodzieży – nie istnieje przecież słynny „hutnik”, a w innych szkołach (i podstawowych, i średnich) prowadzi się – w porównaniu z ostatnią dekadą XX wieku – o wiele mniej klas. Minęły czasy, gdy po lektury albo słowniki ustawiały się kolejki młodych ludzi… No i przyszła pandemia, która „dokończyła dzieła”.

Przyjmujemy tę wiadomość ze smutkiem, bo przecież do „Popularnej” przychodziło się nie tylko po książki, ale także po to, aby zakosztować niezwykłej atmosfery tego miejsca – bardzo odmiennej od tej, która panuje w dużych sieciach księgarń. Tu można było porozmawiać, podzielić się wrażeniami z lektury, zapytać o nowości. Czy także – stojąc po drugiej stronie lady – miał Pan wrażenie pracy w miejscu wyjątkowym?

Tak. Znam osoby, które przychodzą tu od lat i znam ich czytelnicze gusta. Z klientami łączy mnie miłość do książek. Uważam, że właśnie ciekawy klimat i relacje odróżniają „Popularną” zarówno od innych sklepów, jak i od wielkich sieci księgarń. Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, która miała miejsce w jednej z nich. Znajomy opowiadał mi, że klient zapytał sprzedawcę o książkę, lecz zmienił kolejność liter w jej tytule. Ten bezkrytycznie, nie znając literatury, wpisał podaną frazę do komputera. Wkrótce na monitorze – jak można oczekiwać – pojawił się komunikat, że takiej pozycji brak w zasobach wspomnianej sieci. A była to dość znana pozycja! Coś nie do pomyślenia w „Popularnej”!

Szopieniczanom wydaje się, że księgarnia przy ul. Obrońców Westerplatte istniała „od zawsze”. Jaka jest historia „Popularnej”?

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, od kiedy działa w tym miejscu księgarnia. Jednak – jak mówią najstarsi klienci – książki tutaj kupowało się już w latach 50. XX wieku. Mamy zatem bardzo piękną i długą tradycję!

Jak długo jest Pan związany z szopienicką księgarnią? Jak wspomina Pan początki swojej pracy tutaj?

Wraz z panią Janiną Gnidą przejęliśmy księgarnię po „Domu Książki” – instytucji, która była odpowiedzialna za sprzedaż książek w czasach komunizmu. Był listopad 1990 roku – okres transformacji ustrojowej, a zarazem czas, gdy – ciesząc się wolnością słowa – odczuwano wręcz głód dobrej książki. Wcześniej pracowałem jako antykwariusz w Sosnowcu, sam kocham czytać, dlatego podjąłem wyzwanie. Pierwsze lata wspominam z sentymentem. Po „Domu Książki” odziedziczyliśmy jeszcze pozycje, wydane w czasach PRL-u – przemówienia Gierka, sprawozdania PZPR itd. Choć pięknie wydane, zalegały w magazynie. Część rozdaliśmy klientom „na pamiątkę”, część – przekazaliśmy na makulaturę. Lata 90. ubiegłego stulecia to czas, gdy do „Popularnej” codziennie zaglądały setki osób. Na niektóre książki robiliśmy zapisy! A w sierpniu i na początku września każdego roku ustawiały się kolejki po lektury i podręczniki. Prowadzenie księgarni wymagało wówczas sporych poświęceń, bo książki sprowadzałem najczęściej bezpośrednio od wydawców. Po mapy (wydawało je wtedy tylko PPWK – Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych) jeździłem do Warszawy. Stopniowo poszerzaliśmy też asortyment, sprowadzając reprodukcje obrazów, kartki i pocztówki, a nawet artykuły szkolne i biurowe. Był na nie popyt.

Jak zmieniły się preferencje czytelnicze w ciągu tego długiego okresu?

Początkowo ogromną popularnością cieszyły się wielotomowe encyklopedie, leksykony, słowniki czy albumy. Jak wcześniej wspomniałem, czasem należało je zamówić z dużym wyprzedzeniem, a na niektóre obowiązywały talony. Było też większe zainteresowanie książkami z dziedziny techniki. Jeśli chodzi o beletrystykę, klienci często pytali o dzieła literatury iberoamerykańskiej, reprezentujące realizm magiczny, ale kupowano też „Ulissesa” Joyce’a. Rozchwytywano publikacje z serii Klub Interesującej Książki, wydawanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Preferencje czytelnicze dzisiaj… Cóż, trudno je określić, gdyż grupa klientów, którzy przychodzili do mnie, nie jest reprezentatywna. Należałoby to pytanie postawić raczej sprzedawcom w empiku. Ostatnio w „Popularnej” sprzedawały się przede wszystkim książki na temat Śląska – publikacje Kazimierza Kutza, wydawnictwa Grzegorza Grzegorka itp.

Kiedy na półkach szopienickiej księgarni pojawiły się silesiana?

W pierwszych latach po transformacji trudno było o jakiekolwiek książki, w których obecna byłaby śląska tematyka. Chyba pokutowało jeszcze przekonanie, że „nie wypada” jej podejmować. Zmieniło się to dopiero pod koniec XX wieku. Szlaki przetarły publikacje Marka Szołtyska. A później mogłem cieszyć się swoistą „klęską urodzaju” na tego typu wydawnictwa, które są zresztą bardzo bliskie mojemu sercu.

Największy bestseller, sprzedawany w „Popularnej” to…

Trudno powiedzieć – po trzydziestu latach pracy tutaj mógłbym wymienić wiele poczytnych tytułów….

Największy „półkownik” (czyli książka zalegająca na półkach) to….

I w tym przypadku miałbym problem ze wskazaniem takiej pozycji. Zdarzało się, że książka, która kilkanaście lat nie zainteresowała nikogo, nagle znalazła nabywcę.

Co lubi czytać człowiek, który od wielu lat pracuje, otoczony książkami?

Jak wspomniałem wcześniej, lubię sięgać po książki, poświęcone historii regionu. Moje ostatnie odkrycie to „Afy” Dominiki Bary. Polecam!

Jakie plany na przyszłość?

Nie porzucam branży, choć nie będę prowadzić już księgarni. Mam dwie propozycje pracy, którą z nich wybiorę – czas pokaże…

Co chciałby powiedzieć Pan szopieniczanom „na pożegnanie”?

Aby pamiętali, że czytanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło!

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *